czwartek, 31 lipca 2014

Śniadanie u Tiffany'ego (film)

Tak jak to kiedyś zapowiadałam, nastał pewien piękny dzień, kiedy obejrzałam ekranizację Śniadania u Tiffany'ego. Tak, fanfary i oklaski, teraz czas na recenzję!




Gatunek: melodramat
Tytuł: Śniadanie u Tiffany'ego
Tytuł oryginału: Breakfast at Tiffany's
Reżyseria: Blake Edwards
W rolach głównych: Audrey Hepburn jako Holly Golightly/Lula Mae Barnes i George Peppard jako Paul Varjak
Na podstawie książki Trumana Capote'a "Śniadanie u Tiffany'ego"


Dla Holly Golightly w Nowym Jorku jest jedno miejsce, gdzie człowieka nie może spotkać nic złego. Jest to sklep jubilerski Tiffany's. Młodą bohaterkę poznajemy, gdy wysiada z taksówki z tajemniczą torbą właśnie pod Tiffany'm. Mimo, że nie może użyć zawartości torby w środku, to i tak dla niej samo to, że widzi ulubiony sklep jest kojące. Holly często powtarza, że poszukuje takiego miejsca na świecie, gdzie byłoby tak samo jak u Tiffany'ego-cicho i bezpiecznie. Wtedy kot, którym się opiekuje otrzymałby jakieś imię, a ona byłaby szczęśliwa, bo może zacząć życie jako normalny człowiek. Jak dotąd nie znalazła takiego miejsca, wszędzie jest przez chwilę, jak mawia "jest w podróży", nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu. Często narzeka, że pieniądze jej się nie trzymają. Uwielbia piękne stroje, często w jej ręku na przyjęciach w jej mieszkaniu swoje miejsce znajduje się cygaretka. Sama Holly przyznaje, że gdyby ją poprosił ktoś, kto ją kocha, aby przestała palić, możliwe że uczyniłaby to. Nawet poznanie Paula Varjaka niewiele zmienia jej nastawienie. Nazywa go Fredem, tak jest prościej, bo przypomina jej ukochanego brata. Dla Paula jest niepojęte, ile uroku roztacza w swojej okolicy beztroska Holly, dla której wyjazd do Sing Sing nie jest czymś wielkim, to po prostu odwiedzenie "uroczego staruszka" jakim dla niej jest Sally Tomato (Alan Reed). Pisarz zakochuje się w dziewczynie, lecz w jej materialistycznym świecie miłość czy też przywiązanie jest pewnego rodzaju więzieniem...
Muszę przyznać, że byłam sceptycznie nastawiona z początku do ekranizacji "Śniadania u Tiffany'ego". W sumie ja zwykle jestem sceptycznie nastawiona wobec wszelakich ekranizacji. Cieszę się, że najpierw przeczytałam książkę, potem zabrałam się za film. Widać różnice między książką a filmem, choć film pomaga sobie uzmysłowić pewnego rodzaju magię Holly, jej stroje czy zamiłowanie do biżuterii. Choć pominięto współlokatorkę w całości filmu, to jednak ekranizacja udźwignęła ukazanie przyjaźni głównych bohaterów, pomimo że pisarza poznajemy w innych okolicznościach w jednej i w drugiej wersji. Trochę może to namotać, ale później powiązanie akcji książki z akcją w filmie można łatwo odnaleźć, ale są odstępstwa, które jednak burzą powiązania. Mi samej trudno było powiązać "pobudki" sąsiada Holly z filmu i z książki, choć faktycznie, ciągle gubiła klucze do domu. Nawet koniec filmu i książki może mylić i dla kogoś, kto pamięta dobrze treść książki może wydać się dziwnym takie a nie inne zakończenie. Dla fanów Audrey Hebpurn, którzy znają szczęśliwe zakończenie losów Paula i Holly zakończenie podane przez Trumana Capote'a może także szokować, trochę podburzyć ich światopogląd. Nawet czasowo można się pogubić. Wyznacznikiem czasu akcji w filmie jest informacja, że Paul wydał książkę w latach 50. XX wieku. Czas akcji w książce został naznaczony na lata 1943-1944. 10 lat różnicy to zawsze coś. Jednak jest coś, co książka nie ukaże aż tak plastycznie jak film-moda. O tak, stroje lat 50. i 60. w tym filmie dla mnie osobiście są piękne. Szczególnie w scenie, kiedy Holly podnosi telegram, ma we włosach piękną tiarę. I te charakterystyczne okulary przeciwsłoneczne. Nawet meble i miejsca są ukazane w ciekawy sposób. Tym nadrabia film do książki.
Mimo to cieszę się, że obejrzałam film. Przynajmniej nie mam możliwości wyrzucania sobie "książkę przeczytałaś, a filmu już nie". Zazwyczaj to był mój argument broniący mnie przed ekranizacjami, które mogłyby zabić magię książki. Szczęśliwie "Śniadanie u Tiffany'ego" nie zabija całej magii książki, ale podkreśla cechy osobowości Holly, stroje tamtego czasu i to, że trudno jednak samemu żyć.




W notce o Pollyannie pisałam, że to miała być ostatnia recenzja w lipcu. Przykro mi, kłamałam. Jak mawia mój matematyk- "Nigdy nie wierz kobiecie". I jak widać, sprawdziło się i w moim przypadku :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz