środa, 1 października 2014

Niespodzianka, czyli Mól wraca sercem do swojego dzieciństwa

Miesiąc temu we wrześniowej niespodziance wspomniałam o pewnej serii książek, która towarzyszy mi już lwią część życia. Mowa o serii o Ani Shirley autorstwa Lucy Maud Montgomery. I to tej całej serii poświęcę post otwierający miesiąc październik. 


Jak widać, moja kolekcja Ani jest lekko podniszczona. No cóż, dostałam ją w spadku po mamie, a ostatnią część, "Pożegnanie z Avonlea" po chrzestnej. W każde wakacje przez szkołę podstawową i lwią część gimnazjum ta seria towarzyszyła mi. Rodzice często się śmiali ze mnie, że te książki mogą nie wytrzymać, tyle razy każdą przeczytałam, a nawet wyrwana w środku nocy potrafiłabym opowiedzieć szczegółowo każdą z części. Niestety z Anią moje drogi zaczęły się rozchodzić w okolicach 3 klasy gimnazjum. Wiadomo, egzamin trzeba zdać a ja w pewnym momencie spojrzałam z buntem na półkę i rzekłam do siebie "niestety, ale dorosłaś i chyba jesteś już zbyt stara na Anię". Chciałam nawet sprzedać całość, ale znów górę wziął sentyment. I sama Ania, bo znów sięgnęłam po książkę, a potem po kolejne części. I Ania została, pewnie po mnie otrzymają ją moje córki. Zresztą te książki tak tylko trochę wpłynęły na mnie i na to jaka jestem po 10 latach od momentu, kiedy zaczęłam poznawać treść.
Wyobraźnia. Ania ciągle sobie coś wyobrażała. Jako dziecko miałam pełno czasu na wyobrażanie sobie. Teraz "wyobrażanie sobie" zastępuję wersją "co by było, gdyby". Bo tak naprawdę wyobrażam sobie własne życie takim, jakie chciałabym, aby było. W sumie każdy chce mieć własne życie zaplanowane i zakłada sobie hipotetyczny plan. I ten plan tworzy na podstawie "tu i teraz". Mój plan opiera się na "gdybym nie postąpiła wczoraj tak, dziś byłoby to i jutro byłoby takie". I często, jak Ania wyobrażam sobie ideał ukochanego. Tyle, że jeśli panna Shirley bardzo długo wiedziała, jak wygląda jej ideał mężczyzny, aż do pewnego momentu studiów (odsyłam do "Ania na uniwersytecie, ale przedtem polecam "Anię z Avonlea"). U mnie ideał zmienia się z czasem. Najdłużej wytrwał chyba ideał.... ze szkoły podstawowej Można się pośmiać, ale 4 lata dziecięcego zauroczenia to całkiem sporo jak na mnie. Potem dwa lata przez gimnazjum (bo jak ma się 13 lat trzeba przeboleć stratę ideału z podstawówki) i teraz drugi rok liceum. I za każdym razem inny typ urody. Nie dziwne, że kobieta zmienną jest. Ale patrząc na losy mojej imienniczki (wydało się, jak mam na imię, pech.) i Gilberta Blythe opisane właśnie w pierwszym tomie cyklu zaczynam się poważnie nad sobą zastanawiać. Jeśli oglądaliście film "Ania z Zielonego Wzgórza: Dalsze dzieje" oraz "Ania z Zielonego Wzgórza: Dalsze losy" z Megan Follows jako Ania i Jonathanem Crombie jako Gilbertem, możecie się orientować, jaki los zorganizowała im Lucy Maud Montgomery. Szkoda tylko, że film "ominął" lwią część życia panny Shirley i młodego Blythe'a i umiejscawia ich młodość w czasie I wojny światowej. Wszyscy, którzy czytali wszystkie książki o Ani, które wyszły spod pióra L. M. Montgomery zgodnym głosem mogli zakrzyknąć, że film nie dorównał oryginałowi. Ale są i tacy, którzy aby odbębnić lekturę (w czasach, kiedy byłam w podstawówce Ania z Zielonego Wzgórza była lekturą) oglądali wszystkie trzy części i uważali, że to całe losy Ani, a mi mówili, że się nie znam. Jednak moja dziecięca duma musiała i to przeboleć.
Jak pisałam miesiąc temu, brakuje mi "Świąt z Anią", "Drogi do Zielonego Wzgórza" i "Ani z Wyspy Księcia Edwarda". "Święta z Anią" są zbiorem rozdziałów z dzieł o Ani z okresu Bożego Narodzenia i Nowego Roku, a "Ania z Wyspy Księcia Edwarda" jest natomiast-według słów wydawcy-skierowana do starszych czytelników, ponieważ się różni od poprzednich części. "Droga do Zielonego Wzgórza" zaś jest oficjalnym prequelem pióra Budge Wilson. Książkę wydano w 100 lat po publikacji "Ani z Zielonego Wzgórza". Wilson opisała w książce losy Ani przed trafieniem do Maryli i Mateusza. Straszną miałam chrapkę na nią, szczęśliwie w liceum ludzie jakoś bardziej dojrzewają i czytają więcej, niż lektury. Dlaczego tak sądzę? W środku września koleżanka z klasy dowiedziała się, że bardzo wielbię Anię i mam wielką chrapkę ją przeczytać. Niestety, okres szkoły nigdy nie jest zbyt łaskawy. Z jednej strony podręczniki, Dziady, Mitologia i sprawdziany z nielubianej (przeze mnie) matematyki, z drugiej książki, które czytam jako "ja". I nawet idzie mi łączenie książek spoza etykiety "lektura" i szkoły. Jak na tę chwilę, bo ja już sobie wyobrażam środek roku, semestr, zaliczenia i tego typu trudne sprawy. Ale wierzę, że Ania Shirley po raz kolejny przejdzie ze mną ten okres i znów poczuję się dzieckiem, jakim byłam zaczynając czytywać "poważne" w moim mniemaniu pozycje.
A wy? Jakie macie książki, które pozwalają wam wrócić sercem w czasy dzieciństwa?


4 komentarze:

Marta Marple pisze...

Moja kolekcja Ani leży sobie na strychu, ale z chęcią ponowię jej lekturę. Jak byłam jeszcze mniejsza, czytałam razem z mamą. A potem sama nie wiem czemu, znalazła się na strychu i teraz trudno jest mi ją odzyskać... Może uda mi się namówić tatę na poszperanie!
Pozdrawiam, Shelf of Books :)

Mól Książkowy pisze...

Moja Ania posiada własną półkę. Namów tatę! Zawsze warto wrócić do książek dzieciństwa :)

Mała Pisareczka pisze...

Właśnie kolekcjonuję przepiękne wydanie Ani :D

Mól Książkowy pisze...

Moje jest starsze ode mnie :D. Ale jeszcze to, co mi brakuje dokupię bądź dostanę z czasem raczej będzie odstawało swoją nowością. Choć znając mnie, będzie tak samo kochane, jak starsze książki o Ani :D

Prześlij komentarz